Someone told me once, that there's a right and wrong. Punishment would come to those, who dare to cross the line.

Dzień dobry! Tak, wiem. Straszna ze mnie bloggerka. Żeby tak nie dawać znaku życia od ponad dwóch tygodni! Cóż. Trochę zawirowań u mnie w życiu. Ten okres był dla mnie dość trudny uczuciowo i zaowocowało tylko tym, że stałam się singlem. Nie rozpaczam jakoś szczególnie. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że jestem z tego powodu szczęśliwa, ale też nie jestem nieszczęśliwa. Troszkę mi lżej, ale chyba dwa razy tyle ciężej.. Trudna sprawa, dość skomplikowana, ale rozprawiać się nad tym nie zamierzam.. Na pewno było to niezapomniane, niesamowite dziesięć miesięcy!

Sypnąć jakąś ciekawostką? Doszedł do mojej klasy trzydziesty facet! Ha! Szczerze mówiąc coraz bardziej lubię tych ludzi, totalnie nie przeszkadza mi tyle chłopaków, a wręcz nie jestem w stanie sobie wyobrazić żeby nas dziewczyn było więcej niż ta skromna piątka. Coraz bardziej jesteśmy zgrani, wczoraj zaliczyliśmy pierwszą mini klasowa imprezę i zapowiada się więcej takich wypadów, z czego jestem jak najbardziej zadowolona! Nawet miano najlepszej szkoły średniej w mieście mi już nie straszne. Wiem co się z czym je i stwierdzam, że nawet jest dość luzu. Tak jak jeszcze niedawno byłam średnio zadowolona z wyboru i gdzieś tam krzątały mi się po głowie myśli o zmianie szkoły, tak teraz jestem pewna, że jej nie zmienię. :)

Dzisiaj tylko trzy zdjęcia, ale obiecuję, że już za kilka dni wrzucę post z większą ilością. Dla rekompensaty (choć nawet nie wiem, co wolicie oglądać - ludzi czy martwą naturę? :)) na dzisiejszych zdjęciach jestem ja, bo dawno się moja sylwetka tutaj nie pojawiała. A tak poza tym to mam ogromną nadzieję, że w końcu dam radę zrobić nowy szablon! Na ten już patrzeć nie mogę, a na nowy mam już nawet pewien pomysł. Tak, więc czekajcie cierpliwie. Pozdrawiam. <3


Niewiele trzeba by się w samym sobie dać żywcem zagrzebać...

Nie mam pojęcia co ja ostatnimi dniami robię. Nie, nie mam żadnych zaników pamięci. :) Po prostu nic specjalnego się nie dzieje, nic ambitnego albo nawet mniej ambitnego nie robię, a czas płynie, dni mijają.. Weekend - błogie lenistwo, a teraz niestety trzeba wziąć się w garść i włączyć tryb szkolny. Za mną w tym tygodniu już kartkówka z matematyki, sprawdzian z podziału politycznego całego świata (paranoja, żeby wkuwać wszystkie państwa i ich stolice na świecie..) oraz dwa koszmarnie męczące wuefy! Jutro znowu dzień masakra, ale jakoś to przetrwamy. :) Możemy się pocieszyć, że jeszcze troszkę ponad miesiąc do świąt! Nie jestem fanką Bożego Narodzenia, wręcz ich nienawidzę, ale nie mogę się doczekać jedzenia. Głównie łososia z przepisu mojej siostry, mam chyba jakąś łososiowa obsesję. Ale o świętach rozprawiać może nie będziemy, jeszcze jest czas!

Miałam bardzo ambitny plan zmienić w końcu dzisiaj wygląd bloga, bo na obecny nie jestem w stanie już patrzeć. Takie to kiczowate trochę i zdecydowanie za jasne! Tęsknię już za mrokiem i szarościami, to są zdecydowanie moje klimaty i w takich czuję się najlepiej. Ale nagle zegarek dostał totalnego przyspieszenia i zrobiła się północ. Tak więc dzisiaj już pewnie sobie odpuszczę i zajmę się chwilę rysowaniem. :) Natomiast możecie się przygotować, że w przyszłości (miejmy nadzieję, że najbliższej) w końcu coś tutaj się zmieni!

Kilka zdjęć. Jakieś tam stare ubraniowe, z czasów kiedy na termometrze było kilkanaście stopni i świeciło słoneczko, a oprócz tego zdjęcia wodospadu krwi z przypadkowej rany.


 Pozdrawiam!

I poczuć na sobie tę ciszę, i ową się ciszą dokarmić...

Jestem smutna, zirytowana, zdołowana, na dodatek śpiąca i w parszywej kondycji fizycznej. Jak na złość wszystko musiało mnie zaatakować właśnie w tej chwili. Jak cała Polska czekała dzisiaj na kumulację w totolotku (nawet Roguc podczas niedzielnego koncertu wspomniał, że sam postawił liczby! jakby mu cholera mało jeszcze było), tak ja mam swoją pieprzoną kumulację wszystkiego co najgorsze dokładnie teraz. Osoby, które powinny być dla mnie największym wsparciem tylko pogarszają mój już wystarczająco beznadziejny nastrój. Nawet czekolada w takich chwilach nie pomaga. Pozostaje tylko jak najszybciej iść spać i uciec od rzeczywistości.

Wdech - wydech - wdech - wydech. Ochłonęłam już minimalnie. Choć wciąż nie jest dobrze, zaczynam się obawiać pewnej sprawy, a to nigdy nie wychodzi na dobre. Nigdy. Za to widzę coraz wyraźniej jak cudownie sprawdzają się szepty mojej intuicji..

Weekend (ten prawdziwy, z wykluczeniem czwartku i piątku) minął mi całkiem dobrze. Tutaj na Waszych twarzach powinno pojawić się ogromne zdziwienie, bo niby jak to tylko "całkiem"?! Zacznijmy od soboty, która zapowiadała się baardzo dobrze, ale moje ciało postanowiło zrobić sobie ze mnie jaja i odmówiło posłuszeństwa, przez co do tej pory źle się czuję, jest mi strasznie słabo, a z dnia na dzień dochodzą kolejne dolegliwości... Niedziela, czyli długo oczekiwany koncert, hm. Oczywiście było rewelacyjnie, choć spodziewałam się czegoś lepszego. Coma jak zwykle w świetnej formie, ale ten cały show i teatrzyk przygotowany w związku z 15leciem istnienia zespołu nie do końca przypadł mi do gustu. Losowanie było pomysłem świetnym (pomijam fakt lekkiego oszukiwania :D), bo setlista była mocna, w tym mój ukochany Leszek Żukowski, którego oczywiście musiała śpiewać na scenie jakaś fanka, przez co wyszło koszmarnie..W sumie lepszy taki Lesiu niż żaden - ja wpadłam w trans, zamknęłam oczy, kiwałam się w rytm muzyki (przynajmniej wydawało mi się, że w rytm), wykrzykiwałam słowa najgłośniej jak tylko mogłam i niemalże zapomniałam, że mam ochotę rzucić krzesłem na scenę, aby owe dziewczę raczyło przestać śpiewać. :) Wracając do tematu - cały performens troszkę naciągany i robiony na siłę, do tego pozytywnych wrażeń nie dostarczyło także bydło, które robili ludzie pod sceną.. Nie mówię tu o pogo, mówię o takim cholernym ścisku, rozpychaniu się i nie wiadomo czym jeszcze, że nie dało się tam nawet oddychać.. Na szczęście po kilku piosenkach zrobiło się troszkę lżej, choć muszę przyznać, że ten koncert upłynął mi nie pod znakiem, dobrej zabawy, skakania, pogowania tylko bardziej wczuwania się w ulubione piosenki, śpiewania i tak dalej.. Pewnie wyglądałam z perspektywy innych osób jak debil, ale co zrobić! :) 

Wjem, że pewnie strasznie zanudzam, ale musiałam się rozpisać. Zdecydowanie pomaga mi to w ujarzmieniu negatywnych emocji, do tego głośna muzyka w słuchawkach i nareszcie mogę powiedzieć, że humor mam neutralny. Żeby nie było aż tak bardzo nudno, to wrzucę dzisiaj zdjęcia, ale.. moich ostatnich rysunków. No dobra, wiem, że to wciąż nudne, ale szczerze mówiąc lubię fotografować proces mojego rysowania i lubię się tych 'chwalić'. A że wciąga mnie to coraz bardziej i tych rysunków mam coraz więcej, to nie chcę żeby zalegały zakurzone w teczce, gdzie nikt inny ich nie obejrzy. :) Mogę jeszcze wspomnieć, że postawiłam sobie za wyzwanie narysować róże (ołówkami i pastelami) oraz portret mężczyzny. Zobaczymy jakie będą tego efekty!


A teraz już żegnam, słodkich snów!

Posiadam wiarę w niemożliwą moc, potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok...

Dzień dobry! Mamy listopad, a dzisiaj pogoda pozytywnie mnie zaskoczyła piętnastoma stopniami na plusie. :)  Długi weekend już niemalże cały zleciał, był niestety wyjątkowo nudny, ale przydało mi się trochę lenistwa. Oczywiście ja od roku z utęsknieniem czekam na jutrzejszy dzień, jaram się niesamowicie, tylko to właściwie zakrząta mój umysł i najchętniej przespałabym te wszystkie godziny dzielące mnie od cudownej godziny dwudziestej zero zero. Cały dzień nastrajam się i słucham tylko i wyłącznie Comy, a na dodatek zaraz wpadają do mnie przyjaciółki i mamy zamiar prześpiewać calutką dyskografię i to nie raz! Przynajmniej ja mam taki zamiar, nie wiem jak one. Ech, jak ja bym chciała tak przez całe życie utrzymywać średnią jeden koncert na pięć dni! :D

Zabrałam się ostatnio znowu za nadrabianie filmowych zaległości. Z wszystkimi serialami jestem już na bieżąco, na dodatek nareszcie wyszedł pierwszy odcinek nowego sezonu Misfits (dość słaby niestety..), więc mam trochę czasu na coś innego. Jak na razie oglądnęłam Mroczne Cienie z Johnnym Deppem w roli głównej. Po filmie reżyserii Tima Burtona spodziewałam się czegoś o wiele lepszego, a ta produkcaj to niestety troszkę.. gniot. Chwytny temat wampirów ukazany w dość karykaturalny i satyryczny sposób, ale jednak nie wyszło tak dobrze jak mogłoby wyjść. Miała to być komedia, a humor tam ukazany był dość żałosny. Na prawdę nie porwał mnie ten film, a miałam co do niego wielkie nadzieje! Pozostaje mi teraz tylko czekać na Frankenweenie, co do którego także mam ogromne nadzieje. :) Drugim filmem, który udało mi się oglądnąć jest Nostalgia Anioła. Tutaj już rozczarowania nie było. Bardzo oryginalnie nakręcony, cała - bardzo dramatyczna historia pokazana została w rewelacyjny, momentami baśniowy sposób. Włączając tę produkcję myślałam, że oglądnę coś mrocznego, smutnego i dołującego. Oczywiście film jest pełen emocji, nie jednokrotnie miałam szklanki w oczach, jakaś łza chyba też popłynęła (cholerne płakanie na filmach!), ale zostały pokazane także piękne i szczęśliwe momenty. Generalnie jestem jak najbardziej na tak, jedyną wadą była długość filmu - ponad dwie godziny. Około 1,5h trwania zaczął mnie już minimalnie nudzić, jednak pomimo tego - jestem niemalże zachwycona. :) Zdecydowanie każdemu polecam!

Wrzucę jeszcze kilka zdjęć i żegnam się, miłego wieczoru i niedzieli. :*